Książki: M. Waligóra / D. Szczepański – Szlak Wisły 1200 km Pieszej Przygody

Jeśli chodzi o samą wyprawę Mateusza Waligóry, to przyznam się bez przysłowiowego bicia – byłem jak Internet Explorer – dowiedziałem się o niej już po fakcie. Szkoda. Jak to mówią – czasu nie cofniesz.

W zamian pozostaje cieszyć się książką stworzoną przez niego wspólnie z Dominikiem Szczepańskim. Książką, która tytułem odwołując się do samej wyprawy, w moim odczuciu o wyprawie nie jest. Jej główną bohaterką jest Wisła.

Temat rzeki ukazany jest z wielu punktów widzenia. Wydaje się, że na pierwszym planie znajduje się sama wyprawa ale im głębiej w tekst tym przestaje to być tak bardzo oczywiste. Opisana podróż staje się czymś w rodzaju startu. Takim punktem “zero” do czegoś więcej. Gdybym miał napisać do czego mnie osobiście zaprowadziła, to ująłbym to bardzo krótko – do ogromnego niedosytu. Kiedy dotarłem do końca książki zapytałem – dlaczego to już koniec? Choć wydaje mi się, że takie pytanie zadałbym również gdyby była dwa czy trzy raz dłuższa.

Zanim jednak pochylę się nad wspomnianym już niedosytem, chciałbym napisać, czego obawiałem się biorąc historię tej wyprawy w swoje dłonie. Wiedziałem, że poruszy ona problem ekologii i bardzo bym się rozczarował gdyby był on ujęty w negatywny sposób. Co chcę przez to powiedzieć? To że niestety problemy ekologicznie są niekiedy przedstawiane jako zło, które w dalszym rozwoju tylko czeka, kiedy będzie mogło gatunek ludzki dosłownie pochłonąć. Dla samej natury natomiast najlepiej jakbyśmy w ogóle nie istnieli i jej “nie przeszkadzali”.

No właśnie. Jak odbieram Wisłę w tej książce? Jak partnerkę, która płynie “tuż za rogiem”. Choć w moim przypadku mogę napisać dosłownie za rogiem – bo płynie przez moje rodzinne miasto. Partnerkę, z którą muszę nauczyć się współżyć, z którą muszę dojść do porozumienia. Bo czy chcę tego czy nie – jestem z nią związany, a sama przyszłość naszego związku odbije się na naszych dzieciach i wnukach.

Budujące jest to, że tak wiele osób potrafi być związanych z tą rzeką. I tu pojawia się właśnie ten niedosyt – historie takich ludzi mógłbym czytać chyba bez końca. Są one dla mnie bardzo inspirujące ale nie z perspektywy ich samego powiązania z Wisłą. Są pełne życia i tego, czego w dzisiejszych czasach bardzo często nam brakuje – otwartości na drugiego człowieka.

I zmierzając powoli do końca – ta książka dla mnie nie jest o wyprawie. Nie są tego w stanie zmienić nawet smaczki w postaci historii z poprzednich wypraw Mateusza Waligóry.

Dla mnie przede wszystkim jest to historia o codziennym życiu. Patrząc na przedstawione w niej napotkane postacie dochodzę do wniosku, że na jej stronach mogłaby się znaleźć historia nie jednej czytelniczki czy też nie jednego czytelnika. To jeden z tych elementów, który nie tylko tworzy mocny trzon całej historii ale również spina w jedną całość wątek samej wyprawy i problem natury ekologicznej.